Moje przemyślenia na temat staników



Muszę się przyznać, jestem całkiem sporą kobietą. Określam się jako „puszysta”, oznacza więc to że niełatwo jest mi znaleźć takie konieczne elementy życia jak wygodne spodnie czy dogodne i wygodne staniki. Co nieco dziwi, bo mój rozmiar nie jest nietypowy dla Polek czy mieszkanek naszego regionu, ale mimo wszystko choć jestem w normie to jednak nazywa mnie się „za grubą”.

Przeczytałam niedawno na znanym blogu, że jeszcze w czasach gdy moja mama chodziła do technikum, najbardziej powszechnym rozmiarem w Polsce był 36 – czyli S. Dziś o ile mi wiadomo, królują rozmiary 40 i 42 (czyli XL!), nie jestem więc osamotniona. Podobno kobiety stają się coraz większe – wyższe i lepiej odżywione. Ale mimo to modelki reklamujące bieliznę bardzo rzadko kiedy są do mnie podobne.

Większość dietetyków zgodzi się, że idealna figura kobieca to klepsydra, właśnie w rozmiarze 40-42. Na ogół mniejsze rozmiary to gruszki o wyraźnie zarysowanej linii bioder, albo banany czyli prostokąty, o podobnych obwodach bioder i biustu. To właśnie na klepsydrach najlepiej wyglądają staniki i bielizna.

Więc dlaczego domyślnym rozmiarem jest S albo M, chociaż mało kto je nosi? Cóż, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Jeśli z tej samej ilości bawełny czy innego nylonu da się wykonać więcej staników, to czysty zysk dla producentów – zwłaszcza, jeśli S kosztuje tyle samo co M.

Jasne, można znaleźć staniki w większych rozmiarach – ale stosunkowo rzadko. Gdy przeglądam bieliznę w sklepach internetowych, wkurza mnie to, że z ogromnej ilości staników nagle mogę kupić tylko kilkanaście. Coraz częściej łapię się na tym, że zamawiam staniki z zagranicy.

Oczywiście nie zachęcam tu do tycia – to mimo wszystko jest choroba. Ale ja naturalnie jestem duża. Naprawdę w moim życiu poszukuję równowagi między słodkościami i urodą, i zamiast obżerać się słonymi paluszkami zmuszam się do jazdy na rowerze trekingowym (na szczęście mogę spokojnie w międzyczasie oglądać film).